Czy kiedyś zastanawiałeś się, kto stoi za tym, że instrukcja obsługi ekspresu, książka kucharska albo katalog sztuki po włosku brzmi jakby był… napisany od razu w tym języku? Witaj w świecie tłumaczeń. A raczej — w świecie ludzi, którzy siedzą z kubkiem kawy i walczą z przecinkami, kontekstem i dwuznacznością.
Bycie tłumaczką to nie tylko „przekładanie słów”. To codzienne wybory: czy zostawić coś dosłownie, czy jednak oddać sens. Czy „lekko ironiczny ton” autora zostanie zrozumiany? Czy słowo „artysta” znaczy w tym tekście kogoś z farbami, czy może kogoś, kto „robi swoje” w życiu?

W pracy tłumaczki najważniejsze są:
- cierpliwość,
- ogromna uważność,
- no i oczywiście: miłość do języka.
Kiedy zaczynam pracę nad tekstem, najpierw go… czytam. Kilka razy. Nie zawsze wiem od razu, jak coś przetłumaczyć — i to jest okej. Mam swoje ulubione źródła, słowniki, fora, ale czasem najlepsze rozwiązanie przychodzi po spacerze.
Najbardziej lubię tłumaczyć teksty, które mają duszę. Eseje o sztuce, reportaże z podróży, opowieści o lokalnych produktach z południa Włoch. W takich tekstach chodzi o rytm, atmosferę, zapach. A nie tylko o poprawność językową.
I wiesz co? Czasem jedno słowo potrafi mnie zatrzymać na dłżej. Bo wiem, że ono będzie miało znaczenie. Bo jeśli autor pisze „leggero”, to ja nie mogę po prostu dać „lekki” — muszę zapytać: „lekki w czym? w tonie? w wadze? w stylu?”.
Dlatego właśnie tłumaczka to nie Google Translate. I nigdy nie będzie.